Zarejestruj się

Jak zacząć?

Powrót

(...) Aktywność lidera

Wiele inicjatyw społecznych powstaje z inspiracji jednej osoby, prędko przekształcając się we wspólną sprawę dzięki wiedzy, entuzjazmowi i wzajemnie uzupełniającej się aktywności wielu osób. Lider, przynajmniej w początkowym etapie sąsiedzkich działań, zdaniem Jacka Powałki, ma ważną funkcję do spełnienia. - Do jego najważniejszych zadań – rozwija myśl Jacek Powałka - należy poznanie potrzeb oraz – co szczególnie istotne – umożliwienie ludziom realizacji ich pasji w działaniu na rzecz wspólnej sprawy. Sąsiedzi są źródłem niewyczerpanych zasobów! Jeśli pozwolić ludziom działać, ukazać perspektywę dla realizowania ich pasji w ramach wspólnego przedsięwzięcia – wtedy przedsięwzięcie przetrwa. Nazwa i rozmach Sąsiedzi z Kabat zorganizowane przez siebie miejsce nieprzypadkowo nazwali „Naszym Parkiem”, wzmacniając związek mieszkańców z najbliższym otoczeniem. – To odgrywa szczególne znaczenie w dzielnicy, w której jeszcze przed dziesięciu laty zamiast domów mieszkalnych istniały głównie tereny rolnicze – podkreśla Jacek Powałka. - W parku sąsiedzi umieścili także, działającą okresowo, „Galerię na chwilę”. Drzewa, które sadzą – nie tylko w „Alei Lipowej” – opatrzone są tabliczkami opisującymi historię ich pojawienia się w tym miejscu. Niektóre z nich sadzą całe rodziny, inne są podarunkiem rodziców dla dziecka, babci dla wnuczka, syna dla mamy. Park staje się miejscem oswojonym także dzięki takim działaniom. Zdaniem Jacka Powałki bardzo ważne jest operowanie przykładami i „personalizacją działań”– to, że owe drzewa, sadzonki „są dla ciebie, dla kogoś, kto czuje związek” z miejscem, na którego funkcjonowanie ma realny wpływ, pozwala zaangażować się na rzecz Parku i stanowi pozytywny przykład dla innych ludzi. Jednocześnie, jak radzi Jacek Powałka, warto działać z rozmachem – i czasem „być nierozsądnym i dostosowywać warunki do swoich potrzeb”, nie zaś na odwrót. To, co niemożliwe, z pewnością – przy wsparciu grupy osób systematycznie współpracujących nad bieżącym rozwojem inicjatywy – uda się zrealizować. Do roli lidera należy pomoc w ewentualnej organizacji takiej grupy.

Do zaufania

„Wyjść do ludzi o krok za daleko!” zdaniem Jacka Powałki powinno należeć do katalogu przykazań organizatorów sąsiedzkich przedsięwzięć. - Powodzenie procesu współpracy w sąsiedzkim przedsięwzięciu zależy w równym stopniu także od myślenia o każdym rodzaju potrzeb sąsiadów - uważa. - Dla jednych jest to bożonarodzeniowa choinka, dla drugich możliwość samorealizacji w przedsięwzięciach związanych z filmem, fotografią, rekreacją w parku. Przy projektowaniu wszystkich działań warto słuchać fachowców w dziedzinach, w których potrzebujemy – także dlatego, że to nas uwiarygodnia w oczach urzędników. Ale kluczowym składnikiem sukcesu inicjatyw sąsiedzkiej jest zaufanie. - Zaufanie ludzi zdobywa się powoli i nie należy się zniechęcać początkowymi trudnościami - dzieli się swoim doświadczeniem Jacek Powałka. Tym bardziej, iż jak wskazują badania (Diagnoza Społeczna 2009) odsetek Polaków ufających innym ludziom rośnie bardzo powoli – w ciągu ostatnich lat wzrósł z 11,6% w 2007 do 13,4 % w 2009 roku. Niespiesznie, lecz systematycznie wzrasta także udział Polaków w pracach na rzecz społeczności lokalnych – z 14,2% w 2007 roku do 15,6% w 2009, co może napawać ostrożnym optymizmem osoby organizujące sąsiedzkie przedsięwzięcia. - Podchodzę do ludzi z takim założeniem, jakby to była moja własna rodzina - mówi Jacek Powałka. - Choćby takie spotkania sąsiedzkie. Po pierwszych kilku konkretnych, poświęconych poważnym sprawom, warto zorganizować takie, z niezupełnie zdefiniowanym celem. Jak w rodzinie – usiąść i zobaczyć co się stanie. A później wspólnie wykorzystać wyzwolony w nich potencjał. - I zaufanie się tworzy. Trzeba z niego czerpać. Liczę, że jak zaczynam sadzić, plewić, podlewać, to któryś z sąsiadów widzi mnie z okna i przyjdzie mi pomóc. I tak się dzieje – wychodzę kolejne osoby, nawet przepraszają, że tak późno dołączają – podsumowuje Jacek Powałka. Przez petycję do legalizacji Bywa, iż aktywność obywateli w życiu społecznym, publicznym, ogranicza się do udziału w głosowaniach odbywających się w kilkuletnich cyklach. To jednak za mało, żeby utrzymać kontakt z przedstawicielami władzy , zaś na osobiste spotkania, formułowanie pism nie każdy ma czas. Jedną z form informowania, komunikowania, wywierania nacisku na demokratycznie wybrane instytucje władzy jest wystosowywanie petycji. Jednak jedynie 9% Polaków zadeklarowało, iż w ciągu ostatniego roku podpisywało petycję, list zbiorowy czy protest (za badaniem „Diagnoza Społeczna 2007”). Jak zatem wystosować pismo, petycję tak, aby była ona skuteczna, tj. angażująca sympatyków sprawy i rozpatrzona przez adresatów? - Przede wszystkim trzeba rzetelnie informować osoby, do których chcemy dotrzeć, urzędników – mówi Jacek Powałka. - Formułując ją, warto skorzystać z wiedzy osób, które z pewnością zamieszkują w sąsiedztwie i mogą skonsultować ją, zarówno ze strony merytorycznej, jak i formalnej. Na przykład w inicjatywie „Nasz Park” możemy liczyć na wsparcie architektów i prawników. Ten pierwszy etap - formułowanie treści petycji - bywa czasochłonny. Przedmiot petycji, listu zbiorowego, należy poddać konsultacjom wśród mieszkańców sąsiedztwa, członków lokalnej społeczności. Jednak rozmowy na temat lokalnych potrzeb dostarczają wiele satysfakcji osobom, które organizują przedsięwzięcie – próbują za pomocą petycji zyskać dla sprawy sympatyków, zmobilizować tak innych sąsiadów, jak i urzędników. Petycja, pismo formułowane jednoosobowo, nawet doskonale przygotowane, zawierające szczodrą propozycję pro publico bono od strony darczyńców, wymagającą de facto jedynie podjęcia nieskomplikowanej decyzji przez urzędników, często pozostaje bez odpowiedzi, nie mówiąc o rozpatrzeniu sprawy. Jednak petycje przygotowywane przez kilkanaście czy nawet kilkaset osób, mieszkających w różnych budynkach, przy różnych ulicach, reprezentujących kilka wspólnot mieszkaniowych, wywołuje zgoła odmienną reakcję w urzędzie. – Myślą sobie: „Zaangażowali się, nie dadzą nam spokoju” – i mamy siłę nacisku – podkreśla Jacek Powałka. - Jeśli nie otrzymujemy odpowiedzi na pismo, powtórzmy je, aż do skutku – radzi Jacek Powałka. – Działania przy próbie organizacji „Naszego Parku” zaowocowały wysłaniem ponad 500 pism do urzędu - każde pochodziło od innej osoby, z innym adresem zwrotnym, a także odmienną treścią podania, dotyczącą spraw istotnych dla dalszego rozwoju przedsięwzięcia. Jednocześnie na każde z pism poproszono o urzędowe potwierdzenie przyjęcia. Natychmiast pojawiło się zainteresowanie tematem - uzupełnia Jacek Powałka. W podtrzymaniu zainteresowania sprawą pomaga zaangażowanie mediów. Jak wskazuje doświadczenie Jacka Powałki, - …opinia publiczna jest najważniejszym majątkiem każdej organizacji społecznej…. Jednocześnie dziennikarze zwracają uwagę na społeczne przedsięwzięcia, komentują je, między innymi dlatego, że wiadomo, że organizator nie ma w tym żadnego interesu - dodaje Jacek Powałka. Nie można zapomnieć o informacji zwrotnej dla mieszkańców. Jeśli wiedzą, że powstało działanie, jeśli zaangażowali się, piszą petycję lub choćby biernie przyglądają się temu, co się dzieje – muszą dostawać na bieżąco informacje o postępach. To ich utwierdzi w przekonaniu, że inicjatywa ma sens, że są poważnie traktowani, że jest szansa na sukces. To może też przekonać niezdecydowanych do poparcia działań, do aktywniejszego włączenia się w działania na rzecz rozwoju sąsiedztwa.

 
 
Przykład z Naszym Parkiem na warszawskich Kabatach

Sąsiad zakłada park Jacek Powałka pracuje w międzynarodowej instytucji, jednocześnie działa społecznie – „po sąsiedzku”. Jest pomysłodawcą – jak sam ją nazwał „rozkosznie nielegalnej” inicjatywy – przekształcenia nieużytku koło stacji metra na Kabatach w mały park. - Budowa Naszego Parku nie jest moją kampanią wyborczą ani próbą zawłaszczenia tego terenu - deklaruje.- Moja inicjatywa wynika z poczucia obowiązku by odbudować w nas wiarę w nas samych i społeczeństwo obywatelskie”. „Oto „Nasz Park”, inicjatywa, która przekroczyła znacząco moje nadzieje, wyobraźnię i granice Ursynowa czy nawet Warszawy.” - podpis do zdjęcia - Usiądź na chwilę przy świerku Św. Kingi Kunegundy, patronki samorządów, i rozejrzyj się wokół. Pomyśl, ile niezwykłych rzeczy można zrobić wspólnie z sąsiadami i znajomymi. Miej odwagę, by działać dla naszego wspólnego dobra. Poznaj to wyjątkowe uczucie. Czegoś ,co kiedyś nazwałem pasją tworzenia – pomagania nieznajomym, budowania mostów zaufania i międzyludzkiej więzi. - podpis do zdjęcia Nasz Park W 2006 roku mieszkaniec warszawskiej dzielnicy Kabaty, codziennie mijający w drodze do pracy zaniedbany, niezagospodarowany plac, uznał, iż najwyższy czas coś z tym zrobić. Mijały miesiące, kolejne pisma obywatelskiej inicjatywy w sprawie piaszczystego klepiska, kierowane do urzędu miasta, pozostawały bez odpowiedzi. Jacek Powałka wraz z grupą sąsiadów, przyjaciół i sympatyków, wśród których oprócz architektów, specjalistów w dziedzinie projektowania krajobrazu, prawników, z czasem znalazły się tak znane osoby jak Ewa Bem, Teresa Lipowska czy Artur Andrus, zdecydowali: należy przywrócić plac miastu. Z inspiracji Jacka Powałki postanowili założyć park. Proces powrotu placu ze sfery niczyjej do sfery publicznej, miejskiej, obywatelskiej, okazał się ideą entuzjastycznie ocenioną przez mieszkańców dzielnicy, lecz chłodno przyjętą przez urzędników. Na tym nieużytku mieszkańcy Kabat, poświęciwszy swój czas i własne pieniądze, zapragnęli umieścić wysokiej jakości, otwarty dla wszystkich, obszar zieleni. Co okazało się trudniejsze niż przypuszczali… Spośród wielu anegdot dotyczących „Naszego Parku” Jacek Powałka wspomina, że pracując na rzecz inicjatywy otrzymał mandat m.in. za… niszczenie zieleni miejskiej, uzasadniony usunięciem trawy pod dół na kosztujące kilkaset złotych, osobiście ufundowane, podobnie jak dziesiątki innych, drzewo. Jednak mimo urzędniczej obstrukcji czy wręcz wycięcia sadzonek przez gminnych pilarzy, Jacek Powałka, pełniący funkcję nieformalnego lidera, nie zrażał się, zaś inicjatywa mieszkańców została doceniona przez warszawiaków oraz zyskała szeroki rozgłos w mediach. Teren zrekultywowano. - Dzięki zaangażowaniu dziesiątek sąsiadów, spory kawałek niekochanej przez nikogo ziemi, naszpikowanej pokruszonym asfaltem, drutami i prętami po okolicznych "rzetelnych" developerach osiedla Kabaty zamienia się sukcesywnie w mały park - podsumowuje Jacek Powałka. Jednocześnie park nie został „zawłaszczony” przez jedną osobę ani nawet grupę ludzi – tworzona jest przestrzeń, tak fizyczna, w postaci już istniejących i rozwijanych założeń parkowych, jak i społeczna – grona przyjaciół, sympatyków działających na rzecz dobra wspólnego. Korzystać, uczestniczyć, włączać się może każdy. Inicjatywa odpowiada na potrzeby mieszkańców, realizowana jest w najpełniejszym sensie – dla miasta, choć można również dodać: niejako jemu na przekór. W Naszym Parku sąsiedzi z Kabat nie tylko sadzą rośliny. Już trzeci raz w maju 2009 roku zorganizowali otwarty piknik, tym razem pod hasłem „Sąsiadki rządzą w Naszym Parku” - z programem zawierającym m.in. wspólne ćwiczenia pod okiem instruktora, pokaz filmów i zdjęć w znajdującej się w parku „Galerii na chwilę” oraz zabawy dla dzieci. W grudniu 2008 roku wielu „domowników” uczestniczyło także w dekorowaniu kilkumetrowej choinki, nowej mieszkanki parku. Jacek Powałka podkreśla znaczenie takich swoistych nawyków, np. corocznych imprez, stających się „zwyczajem lokalnej społeczności”. - Takie wydarzenia cementują powstałe już więzi i sprzyjają powstaniu nowych – twierdzi.. W planach, dzięki energii i twórczej realizacji pasji sąsiadów, znajdują się kolejne przedsięwzięcia, m.in. koncerty w jubileuszowym roku szopenowskim 2010. – „Nasz park to miejsce z potencjałem - mówi Jacek Powałka.

 

autor: Karol Mojkowski - Stowarzyszenie Centrum Wspierania Aktywności Lokalne (kolejność akapitów zmieniona na potrzeby tej strony)

 

 

A może czujesz wenę by osobiście nadać temu tematowi kształt? Zapraszam.
Współtwórzmy tą stronę.

Zadzwoń 501 606208
Jacek